28 października 2017

„Wrota Śmierci" rozdział III


Hailey szybko wbiegła do domu, potrącając wszystkie przedmioty na swej drodze. Nie potrafiła zachować spokoju.Była przerażona, że coś mogło się stać babci lub – co gorsza – ktoś ze strażników będzie na nią czekał w środku, jednak nikogo nie zastała. Od razu udała się w stronę swojego pokoju, z którego wyciągnęła mosiężny kufer. Gorączkowo przeszukiwała wnętrze skrzyni, ale w środku były tylko porozrzucane zdjęcia jej rodziców, a po księdze ani śladu.
                 — Tego szukasz? — zapytał jeden z trójki strażników, wskazując na opasłe tomisko pod jego stopą. Wystraszona Hailey natychmiast odwróciła się w stronę dochodzącego głosu. Wojownik stał oparty o ścianę w samym rogu pokoju, gdzie słońce już prawie w ogóle nie dochodziło, a na jego twarzy widniał ironiczny uśmieszek. Dziewczyna momentalnie rozpoznała książkę, klnąc w duchu, że nie schowała jej w bardziej ustronnym miejscu. Odetchnęła lekko i z wściekłością zacisnęła ręce w pięści. Nie chciała pokazać, że się boi i nie wie, co ma robić. Nigdy nie sądziła, że znajdzie się w takiej sytuacji, ale od dziecka uważała, że najlepszą obroną jest atak, więc i teraz nie mogła stać bezczynnie.
                — De õtros de la fiõra — wypowiedziała, delikatnie marszcząc w skupieniu czoło.
Było to dla niej bardzo trudne zaklęcie, bowiem wymagało ogromnego wysiłku, koncentracji i doświadczenia, którego jej brakowało. I tym razem czar nie zadziałał, a wściekli strażnicy od razu skoczyli na niczego niespodziewającą się Hailey, która od próby była niezwykle wyczerpana.
Dwóch z nich mocno złapało ją za włosy, ciesząc się z własnego szczęścia.
                — Jak myślicie? Co dostaniemy w zamian za tę wiedźmę? — zapytał wartownik w stronę pozostałych, szczerząc się złośliwie w stronę dziewczyny.
                —  Szczególne miejsce na cmentarzu — odparł sarkastycznie chłopak w czarnej pelerynie, wyłaniając się zza drzwi. Strażnicy momentalnie odwrócili głowy w kierunku dochodzącego głosu, z szoku puszczając dziewczynę, a ich miny z sekundy na sekundę coraz bardziej się zmieniały. Szok przeplatał się z chciwością oraz paskudnym uśmiechem, który wkrótce ustąpił miejsca  ignorancji.
                — Chłopczyku lepiej nie mieszaj się w nasze sprawy, to może wszystko puścimy ci płazem — rzekł ostrzegawczo trzeci z wartowników. W odpowiedzi nieznajomy wyciągnął miecz z pochwy i rozgorzała walka. Świst mieczy przecinał powietrze, a zdezorientowana Hailey patrzyła na to z mieszaniną strachu i fascynacji. Nie mogła się nadziwić umiejętnościom młodzieńca, który uratował ją już po raz drugi.
                Jednak zachwyt szybko minął, gdy zauważyła porzuconą księgę w rogu pokoju.
                Prędko, a zarazem niezauważenie w tym zamieszaniu, przeturlała się na drugi koniec pomieszczenia. Mocno chwyciła tomisko w ręce i spróbowała jeszcze raz wypowiedzieć to samo zaklęcie. W tej samej chwili broń strażników upadła z brzękiem na podłogę. Twarze strażników natychmiast zrobiły się czerwone.  Piekły niemiłosiernie, wręcz paliły się żywcem. Krzyczeli z bólu, wołając o pomoc. Przerażona czarownica patrzyła na to wszystko z wytrzeszczonymi oczami.  Kilka dni temu powiedziała jej o tym zaklęciu babcia, która kazała go użyć, gdy będzie w wielkim niebezpieczeństwie. Niestety nie powiedziała, do czego służy. Tylko wspomniała o trudności rzucania takiego czaru. 
Dziewczyna miała ogromne wyrzuty sumienia. Nie chciała nikogo zabić ani zranić. Pragnęła ich tylko ogłuszyć. Nie wiedziała, że jej magia może być aż tak zła w skutkach.
                Chłopak w czarnej pelerynie szybko pociągnął za rękę Hailey, która kurczowo trzymała księgę i oniemiała patrzyła na całą scenę. Mimo że nieznajomy mocno nią szarpnął i pokrótce wyjaśniał całą trasę ucieczki, dziewczyna nie była w stanie zrobić choćby kroku, nic nie słyszała. Nie mogła uwierzyć, że spaliła ludzi. Zabiła ich.
                — Musimy się jak najszybciej wydostać z wioski! Nie ma czasu do stracenia — krzyknął wzburzony do użalającej się nad sobą wiedźmy, ciągnąc ją za sobą. W końcu zmęczona Hailey posłusznie ruszyła za nim.

***

                — Gdzie jest mała dziewczynka, z którą cię zostawiłam? — zapytała, gdy jej myśli się trochę rozjaśniły.
                — Bezpieczna  — odrzekł zdawkowo, ostrożnie stawiając kroki i rozglądając się dookoła. Byli teraz w niezwykle szerokiej uliczce, z której w każdej chwili mogła wybiec straż.
Czarownica od razu się zatrzymała.
                — Zostawiłeś ją samą?! Oszalałeś? — krzyknęła, niedowierzając.  — Musimy po nią wracać!
Chłopak obrócił ją szybkim ruchem w swoją stronę, zatykając jej usta ręką.
                — Zamknij się! Jeden odgłos i będzie po nas. Jest ukryta, właśnie po nią idziemy, gdybyś wcześniej słuchała mnie uważnie, teraz wiedziałabyś, co robić! — szepnął ostro, patrząc na dziewczynę. Czarownica swym brakiem uwagi rozwścieczyła chłopaka. Hailey od razu umilkła, przeklinając się w duchu za swoją głupotę i nierozważność.  Zachowywała się jak rozkapryszone dziecko, a przecież musiała mu pomóc. Czuła się źle z tym, jak postąpiła.
Do końca drogi w stronę kryjówki szli w absolutnej ciszy, nie odzywając się do siebie.

***
                Wkrótce po krótkim odpoczynku i  zabraniu dziecka z ukrycia, wyruszyli w dalszą wędrówkę.
                Wcześniej chłopak nakazał dziewczynie obserwować razem z nim ścieżkę i poboczne uliczki, jednak Hailey z wycieńczenia to zaniedbała, mimo iż wcześniej mieli chwilę wytchnienia. Dziewczyna przez to czuła się jeszcze bardziej zmęczona i zanim się zorientowała, zaprzestała rozglądać się na boki, by w razie potrzeby ostrzec chłopaka, gdy na widoku pojawią się strażnicy. Było to też spowodowane niewielką odległością od wydostania się z wioski. Wiedźma miała pewność, że ten mały skrawek pokonają z łatwością, bowiem wszystko do tej pory szło gładko po ich myśli. Chłopak w porównaniu do Hailey zachował więcej przezorności, ponieważ cisza, która zaległa okazała się niepokojąca.
                Do pokonania zostało im tylko parę metrów drogi, gdy z bocznej, ciemnej uliczki wyłonił się cały oddział wojowników. Para natychmiast się zatrzymała, szukając innej uliczki, która prowadziłaby do wyjścia ze wsi. Wzrok dziewczyny przykuły stare, obdrapane pudła, które wznosiły się dość wysoko. Nie zastanawiając się długo, popędziła w tamtym kierunku, ciągnąc za sobą zdezorientowanego chłopaka, który przygotowywał się już do walki.
                Gdy znaleźli się na miejscu, Hailey podała mu dziecko i księgę, po czym sama zaczęła w bardzo szybkim tempie układać prawidłowo pudła. W międzyczasie młodzieniec uświadamiał jej, jakim ciężarem jest dla nich mała, brązowowłosa dziewczynka. Wiedźma wytłumaczyła mu prędko, że nie może zostawić bezbronnego dziecka na pewną śmierć. W odpowiedzi chłopak westchnął ciężko, modląc się w duszy, aby plan dziewczyny się powiódł. 
                Wreszcie po kilku, długich jak dla nich minutach, czarownica skończyła swoją pracę. Przejęła od chłopaka ciężkie tomisko oraz dziewczynkę, która była coraz bardziej przestraszona, i zaczęła się wraz z nią wspinać na dach, co okazało się dla Hailey niezwykle trudnym zadaniem.
                Strażnicy byli tuż, tuż, a dziewczynie nadal pozostawało kilka pudeł do wdrapania się na górę. Chłopak wspinał się o krok za nią. Co kilka sekund rozglądał się za siebie, aby sprawdzić odległość dzielącą ich od mężczyzn w srebrnych mundurach. Dystans między nimi był coraz mniejszy.
                Słychać było ogromne zamieszanie, które nastąpiło w oddziale. Ten zamęt dał im kilka minut przewagi.
                W końcu obydwoje znaleźli się na górze. Musieli zachować dużą ostrożność, ponieważ dach okazał się bardzo stromy i śliski. Hailey myślała, że już dłużej nie wytrzyma, niosąc dziecko i księgę, lecz wiedziała, że chłopak w razie grożącego im niebezpieczeństwa będzie musiał walczyć i nie może mieć przez to zajętych rąk. Zdawała sobie również sprawę z tego, że jeśli nie wydostaną się teraz z wioski, to od razu, gdy pojmą ich strażnicy, spotkają się dopiero na egzekucji, w której przyjdzie im zginąć... To dodawało jej sił do dalszej ucieczki.
                Poruszali się bardzo wolno. Strażnicy znajdowali się tuż za ich plecami, a oni nie mogli przyspieszyć, ponieważ w każdej chwili mogli się poślizgnąć i spaść z dość dużej wysokości. Z pewnością ten upadek byłby śmiertelny, więc woleli nie ryzykować. Z dołu można było zobaczyć poruszonych ludzi, których starali się odganiać pozostali strażnicy. Jednak tłum zdawał się tym nie przejmować. Nadal stał w miejscu, czekając na rozwój wydarzeń. W głębi duszy każdy z nich modlił się, aby dwójka ludzi wraz z małą dziewczynką uciekła z tego miejsca. Niestety nikt z nich nie odważył się przeciwstawić strażnikom, aby pomóc młodym ludziom w ucieczce.
                Gdy zbliżali się do wyższego o około jeden metr mur obrośniętego bluszczem, strażnicy dogonili ich, próbując wywrócić chłopaka, który znajdował się najbliżej nich. Na szczęście młodzieniec zauważył to, w porę wyciągając miecz. Rozpoczęła się walka.
                — Biegnij do muru! — zawołał, obezwładniając jednego z mężczyzn, a gdy nie doczekał się wykonania polecenia, dodał: — Już!
Jednak dziewczyna nie posłuchała go. Całą siłą woli skupiła się na dość trudnym zaklęciu.
                 — Trevṑ ra errἇ dominiΰm — krzyczała, starając się wypowiedzieć słowa wyraźnie, płynnie, bez najmniejszych błędów ani zająknięcia.
W międzyczasie, gdy dziewczyna zajęta była prawidłową wymową zaklęcia, chłopak walczył zawzięcie z trzema strażnikami na raz.
W oddali malowały się sylwetki biegnących w ich stronę mężczyzn, którzy w dłoniach dzierżyli miecze oraz tarcze w kształcie okręgu, na których narysowana była srebrna flaga królestwa Armarion, a na jej środku widniał czarny kruk ze srogim spojrzeniem.
Niedługo potem dołączyli do trzech strażników, pomagając rozbroić młodzieńca.
Chłopak był na skraju wytrzymałości. Wokół niego świstały miecze, które musiał sparować. Niestety w pojedynkę nie mógł pokonać ponad dziesięciu strażników.
                Walczyli na całej długości dachu, próbując zepchnąć go w przepaść, widniejąca pomiędzy dwoma starymi, rozlatującymi się domami. Chłopak ostatnimi siłami powstrzymywał przed tym przeciwników.
Wyczerpany patrzył z przerażeniem na coraz większą ilość strażników. Przez kilka minut obezwładniał mężczyzn lub ich zabijał, do czego był zmuszony, jednak w zamian za nich pojawiali się nowi, pełni sił. Jeden z nich nawet zerwał mu kaptur z głowy.
Wojownicy zamarli w bezruchu, patrząc na znajome oblicze młodzieńca. Wszystkie twarze natychmiast zwróciły się w jego stronę, oprócz Hailey, która nadal zajęta była prawidłową wymową zaklęcia.
Chłopakiem, znakomicie posługującym się mieczem, okazała się ta sama osoba, którą przed śmiercią uratowała dziewczyna. Oszołomienie strażników minęło jednak dość szybko.
Zdezorientowany młodzieniec zdawał sobie sprawę z tego, że dzisiejszy dzień może być jego ostatnim. Strażników  było za dużo, aby zdołał każdego z nich unieruchomić na dłuższy czas.
                Gdy jeden z mężczyzn zamachnął się mieczem, aby zadać ostateczny cios chłopakowi, stało się coś niespodziewanego. Hailey, na którą wcześniej strażnicy nie zwracali uwagi, wypowiedziała dokładnie każde słowo zaklęcia, z furią patrząc na mężczyznę, który był bliski zabicia jej towarzysza.
                Znikąd przybył silny i porywisty wiatr, wyrywając strażnikom broń. Mężczyźni wytrzeszczyli oczy w stronę czarownicy, nie śmiejąc postawić kroku w jej stronę. Na ich twarzach widniał szok wraz z przerażeniem.
Chłopak,  korzystając z okazji, wydostał się spomiędzy strażników i pociągnął czarownicę w stronę muru.
                Dopiero, gdy już do niego dotarli, strażnicy obudzili się z transu, po czym zaczęli ich ścigać, plując sobie w brodę za to, że pozwolili im uciec.
Dwójka ludzi nie zdążyła dobiec do muru, gdy usłyszeli zimny, opanowany głos zarządcy.
                 — Jeśli uciekniecie, ta staruszka zginie — powiedział głosem całkowicie wypranym z emocji, wskazując na babcię dziewczyny, którą trzymało dwoje strażników. Hailey patrzyła na odgrywającą się scenę z niedowierzaniem. Wiedziała, że jej ucieczka z wioski nie będzie łatwa, ale kompletnie nie wyobrażała sobie wykorzystania najbliższej jej osoby przeciwko niej. Zwłaszcza, że w tym całym zamieszaniu zapomniała o swojej rodzinie. Sytuacja, w której się znaleźli przytłoczyła dziewczynę. Chciała uratować swoją babcie, ale tym samym musiałaby się oddać w ręce króla, stając się jego marionetką, a do tego nie mogła dopuścić. Tigran, zauważając niezdecydowanie czarownicy, szybko podszedł do Grace, wyciągając zza pasa nóż myśliwski. Po chwili przystawił go kobiecie do gardła, patrząc prowokująco na Hailey, która krzyknęła w odpowiedzi. Młodzieniec, domyślił się, co się święci i natychmiast znalazł się obok niej, przytrzymując ją, by nie zrobiła nic głupiego.
                — Puść mnie — krzyknęła, po raz kolejny próbując się wyrwać z jego ramion, lecz nie udało jej się to, chłopak był zbyt silny. Popatrzyła z rozpaczą na zarządcę, który miał z niej niezły ubaw. Pokręciła głową, nie rozumiejąc tego, jak można być tak nieczułym i bezdusznym człowiekiem.
Chłopak spojrzał ostrożnie na dziewczynę, aby w razie czego powstrzymać ją przed zrobieniem czegoś, czego później by żałowała.
                Po kilku sekundach Hailey uspokoiła się. Brunet, widząc to, rozluźnił trochę uchwyt, tracąc czujność. Wiedźma tylko czekała na ten moment. Zebrała w sobie całą siłę, po czym wyrwała mu się. Dziewczyna była bardzo zdenerwowana i zrozpaczona wiadomością, że może stracić najważniejszą jej osobę po raz kolejny, przez co zupełnie zapomniała o swoich zdolnościach magicznych. Została otumaniona myślą o stracie, która może ją spotkać, jeśli spróbuje uciec. Długo toczyła walkę ze swoją podświadomością, jednak perspektywa kolejnej śmierci bliskiej jej osoby przyćmiła jej wszystkie inne myśli, dlatego też zdecydowała się uratować babcię z rąk króla lub się poddać. Wzburzony chłopak od razu pobiegł za nią. Z drugiej strony dachu biegli jeszcze pozostali strażnicy, którzy widząc, co się dzieje, postanowili unieruchomić chłopaka oraz złapać zagrażającą królowi dziewczynę..  Młodzieniec  z łatwością ponownie złapał Hailey, szepcząc jej do ucha:
                — Uspokój się. Dając się złapać, nie pomożesz jej. Zarządca nie jest uczciwy i nigdy nie dotrzymuje obietnic, dobrze o tym wiesz...
Hailey nie stawiała już oporu, przyznając mu w myślach rację.

                Strażnicy znajdowali się przed nimi. Słychać było ich podniecone głosy. Mężczyźni wręcz nie mogli doczekać się walki, przez co nie byli w stanie powstrzymać się przed energicznymi wymachami mieczy. Odległość z sekundy na sekundę coraz bardziej malała, a dwójka ludzi wraz z małą dziewczynką przy boku czekała na dalszy rozwój wydarzeń.

******

I mamy następny rozdział, który bardzo mi się podoba. Długo się nad nim męczyłam, chcąc dopracować każdy moment i chyba zauważyliście, że próbuję pisać dłuższe rozdziały. 
A jak Wam się podoba?
Nie wiem, kiedy pojawi się następny post. Będziecie musieli na niego trochę poczekać, bo jak widzicie w bocznej kolumnie rozdział jest skończony tylko w 40%.
Mam zaległości, a niektórych blogów, to nawet jeszcze nie zaczęłam czytać, ale spokojnie. Pierwszy listopada nadchodzi, więc może w wolnym czasie od wyjazdów na cmentarze będę mogła wreszcie do Was zajrzeć :).
Rozdział sprawdziła Agrat.